X

 
 

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Schylił się do jej dłoni i przycisnął palce do ust.
- Nie ma innego wyjścia - powiedział zdławionym głosem, a jej dłoń owionął jego wilgotny
oddech.
- Na pewno jest - zaprotestowała.
W odpowiedzi objął ją i złożył na jej ustach pocału�nek. Wargi miał miękkie i delikatne, a trzymał
ją tak, jakby była ze szkła. I choć cała drżała w jego silnych, opiekuńczych ramionach, nie czuła nic
oprócz strachu.
Tej nocy Pilar zle spała. Bezustannie powracały do niej słowa obu mężczyzn. Refugio ma rację; do
przyjęcia oświadczyn tamtego popchnęły ją rozgoryczenie i złość. Czy aż tak zle postąpiła, skoro
Charro ją chciał, a ona nie miała nikogo na świecie i nie wiedziała, co ze sobą zrobić?
U derzyło ją również, że wbrew swoim słowom Refugio nie zaproponował jej części szmaragdów.
Nie chciała ich, mogła się bez nich obejść, ale jednak było to z jego stro�ny przeoczenie. A jeśli
nie? Czyżby nadal się obawiał, że don Esteban będzie na nią nastawać?
Mówił o miłości. Jak zwykle używał zawiłych sformu�łowań. Czy na pewno miał na myśli to, co
chciała usły�szeć, czy też jego słowa zawierały jakieś inne, niezrozu�miałe dla nie~ znaczenie? Co
on wcześniej powiedział o uczuciach? Ze zwykł się z nimi kryć? Dlaczego w dal�szym ciągu
miałby to robić?
Dusiła się w płóciennej nocnej koszuli z długimi ręka�wami, którą podarowała jej senora Huerta.
Noc była bar�dzo ciepła. Zastanawiała się, czy jej nie zdjąć, lecz doszła do wniosku, że lepiej nie,
bo chłodny wiatr coraz to za�wiewał od drzwi otwartych na balkon. Wygładziła mate�riał pod
plecami i wyplątała się z fałd, bo długa koszula okręciła się wokół jej nóg, kiedy przewracała się z
boku na bok.
Wreszcie udało jej się zasnąć. Kilka godzin pózniej wyrwał ją ze snu szmer przypominający ciche
stąpanie. Odniosła wrażenie, że ktoś chodzi po galerii, a może na�wet po sypialni.
Narastał w niej gniew. Jeżeli Refugio sądzi, że ma pra�wo wchodzić do niej, kiedy chce, nawet w
środku nocy, to się grubo myli. Powie mu to jasno i wyraznie, żeby nie było wątpliwości.
Uniosła odrobinę powieki. Otwór drzwi balkonowych tworzył szary prostokąt. Nie dostrzegła tam
żadnej syl�wetki, nic się nie poruszyło. Pilar nie mogła przebić się przez gęstą ciemność panującą
w sypialni. Dokąd po�szedł Refugio? Czy w ogóle tu był? Czyżby jej się zdawało, że słyszy kroki?
A może to tylko sen?
N agle coś zaszeleściło tuż nad jej głową. Zanim zdążyła się obejrzeć czy unieść, na jej twarz i
ramiona opadł gruby, ciężki koc. Ktoś z całej siły przyciskał go do jej twarzy. Chciała go
odepchnąć, ale przydługie rękawy ko�szuli krępowały ruchy. Została wciśnięta w materac. Czyjeś
kolano miażdżyło jej nogi. Nabrała powietrza, by krzyczeć o pomoc.
Głos uwiązł jej w gardle, bo dłoń napastnika przydusiła jej usta. Rozcięła sobie górną wargę o
krawędz zębów. Kiedy silny cios wylądował na szczęce, przed oczyma zawirowały jej tysiące
iskier. Potem światełka powoli przy�gasły i odpłynęła w ciemność.
Odzyskała przytomność, gdy koń, raptownie osadzony w miejscu, zarył kopytami w ziemię.
Zwisała twarzą w dół, przerzucona przez siodło. Ręce i nogi miała skrę�powane i cała była ciasno
owinięta kocem, który pachniał owczym runem i dymem z ogniska. W czaszce nara�stał pulsujący
ból. Zaskrzypiało siodło. Ktoś zsiadał z konia i pociągnął ją za nogi. Czyjeś dłonie zacisnęły się
boleśnie na jej talii. Pulsowanie w skroniach stało się nie do wytrzymania i znowu pogrążyła się w
ciemności.
Po raz drugi wyrwały ją z omdlenia czyjeś głosy. Dud�niły jej w uszach, jednak nie potrafiła
wyłowić słów. Od�wróciła ostrożnie głowę, wstrzymując oddech, gdyż przy naj mniejszym ruchu
potworny ból zdawał się roz�sadzać skronie. Nie od razu się zorientowała, że głosy umilkły.
Uniosła powieki. Leżała na ubitej ziemi. Nadal była owinięta w koc, ale odsłonięto jej twarz. Nad
głową ujrza�ła kratownicę z krzyżujących się belek. Przez ułamek se�kundy uległa złudzeniu, że
jest na dziedzińcu hacjendy, lecz po chwili dostrzegła spękane, poczerniałe od dymu
ceglane ściany i otwór w narożniku kratownicy, przez który widać było fragment usianego
gwiazdami nieba. Zadnych sprzętów, mat do spania czy choćby naczyń wokół miejsca na ognisko.
Zapewne znajdowała się w opusz�czonej indiańskiej chacie.
Odrobina światła, rozpraszająca mrok, pochodziła z metalowej puszki przerobionej na latarnię,
umieszczo�nej na ziemi w pewnej odległości od zwisających na zawiasach drzwi. Dwaj mężczyzni,
którzy przy nich stali, co rusz spoglądali w jej stronę. Dopiero po chwili udało jej się dojrzeć rysy
ich twarzy.
- Moja droga Pilar, wreszcie oprzytomniałaś - zwrócił się do niej don Esteban. - A już zaczynaliśmy
się zastanawiać, czy przypadkiem mój potężny przyjaciel za moc�no cię nie uderzył.
Widziała tego drugiego. Słyszała, co powiedział oj�czym, ale jeszcze nie wierzyła. Poruszyła
kilkakrotnie powiekami, jakby w ten sposób chciała się pozbyć dziw�nego ciężaru w głowie.
Oblizała spękane wargi.
- Baltasar? - Z jej ust wydobył się ochrypły szept.
- Jesteś zaskoczona? - zapytał Esteban. - Nigdy bym nie przypuszczał, że tak dobrze odegra swą
rolę. Nie do wiary, do czego zdolni są ludzie, kiedy przyświeca im jakiś cel.
Zabrakło jej słów. Więzy na przegubach zostały przecięte, mogła więc swobodnie poruszać rękami,
ale nogi chyba nadal miała związane w kostkach rzemieniem. Przymknęła powieki i dotknęła dłonią
czoła.
- Nie zamierzałem zrobić ci krzywdy - tłumaczył się Baltasar swym dudniącym głosem. - Musiałem
tylko wynieść cię z domu bez hałasu.
Podniosła na niego wzrok. Pełgające światło latarni wydobywało z mroku biel jego koszuli i
oświetlało szcze�ciniasty podbródek.
- Dlaczego? - zapytała go.
- N a mój rozkaz. - Esteban odpowiedział za Baltasara. - Postanowiłem cię porwać, bo to jedyny
sposób, że�by tu ściągnąć Carranzę, no i odzyskać szmaragdy.
- Jak. ... - zaczęła, lecz zaraz urwała, bo zrozumiała nagle, na czym polegał jego ohydny plan.
- A więc sama widzisz - ucieszył się Esteban. - Przyjdzie tu za tobą, tak samo jak poszedł do
Apaczów za tą swoją Isabel. Na pewno to zrobi. Jest przecież El Leonem.
Potrząsnęła głową i z miejsca tego pożałowała. Szybko przełknęła ślinę, aby opanować mdłości,
jakie wywołał ten gwałtowny ruch.
- Skąd będzie wiedział, gdzie mnie szukać? Jest bardzo bystry, ale nie potrafi czytać w waszych
myślach. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • burdelmama.opx.pl
  • Drogi uĚźytkowniku!

    W trosce o komfort korzystania z naszego serwisu chcemy dostarczać Ci coraz lepsze usługi. By móc to robić prosimy, abyś wyraził zgodę na dopasowanie treści marketingowych do Twoich zachowań w serwisie. Zgoda ta pozwoli nam częściowo finansować rozwój świadczonych usług.

    Pamiętaj, że dbamy o Twoją prywatność. Nie zwiększamy zakresu naszych uprawnień bez Twojej zgody. Zadbamy również o bezpieczeństwo Twoich danych. Wyrażoną zgodę możesz cofnąć w każdej chwili.

     Tak, zgadzam się na nadanie mi "cookie" i korzystanie z danych przez Administratora Serwisu i jego partnerĂłw w celu dopasowania treści do moich potrzeb. Przeczytałem(am) Politykę prywatności. Rozumiem ją i akceptuję.

     Tak, zgadzam się na przetwarzanie moich danych osobowych przez Administratora Serwisu i jego partnerĂłw w celu personalizowania wyświetlanych mi reklam i dostosowania do mnie prezentowanych treści marketingowych. Przeczytałem(am) Politykę prywatności. Rozumiem ją i akceptuję.

    Wyrażenie powyższych zgód jest dobrowolne i możesz je w dowolnym momencie wycofać poprzez opcję: "Twoje zgody", dostępnej w prawym, dolnym rogu strony lub poprzez usunięcie "cookies" w swojej przeglądarce dla powyżej strony, z tym, że wycofanie zgody nie będzie miało wpływu na zgodność z prawem przetwarzania na podstawie zgody, przed jej wycofaniem.